sobota, 27 kwietnia 2013

Fotograficzne powitanie wiosny z Natalią

Wiosna przyszła równie niespodziewanie jak niespodziewany był powrót śnieżnej zimy pod koniec marca. Temperatury w okolicach dwudziestu stopni, coraz silniej zazielenione drzewa i dodające energii promienie słońca zachęcają do wyjścia na miasto z aparatem w towarzystwie interesującej osóbki.
Tym razem moją modelką została ognistowłosa Natalia, z którą zarówno zdjęcia jak i rozmowa były dużą przyjemnością. Sesja była owocna w wiele żywych ujęć. Poniżej możecie zobaczyć kilka z nich.












wtorek, 26 marca 2013

Łapanie styczniowych promieni słońca z Agnieszką

Ze zgrozą stwierdzam, że od ostatniego posta minęło niemal półtora miesiąca, jednak wyrzuty sumienia nie gryzą mnie z dwóch powodów: po pierwsze w moim życiu nastąpiła dość ważna zmiana, po drugie, co ma ma bezpośredni związek z edukacją fotograficzną - nie próżnowałam w tym czasie.

W połowie lutego udało mi się dostać na staż do jednej z dwóch najbardziej nienawidzonych przez ludzi instytucji państwowych (drugą jest ZUS). Dodam, że jest to instytucja budżetowa. Mam autentyczną szansę wiele się nauczyć i rozwinąć. Po godzinach realizuję się w dziedzinie fotografii; niestety, póki pogoda jest tak zmienna, że rano nie da się przewidzieć czy popołudniu będzie padać śnieg czy deszcz, czy jeszcze co innego - najczęściej teoretycznie. Udało mi się jednak wykonać bardzo ciekawą sesję z początkującą blogerką modową, z którą mam w planach dalszą owocną współpracę. Na razie nie wiem czy zdjęcia z tej sesji wcześniej trafią na jej bloga czy na mojego, jako że mam do nadrobienia trochę zaległości.

A poniżej znajdują się zdjęcia z jednej z sesji styczniowych.

Agnieszkę poznałam przez Internet. Odpowiedziała na moje ogłoszenie (oferta wykonania zimowej sesji plenerowej cieszyła się zainteresowaniem, którego się nie spodziewałam). Prognozy przewidywały dzień chłodny i pochmurny. W ciągu pierwszych trzydziestu minut zdjęć pojawiło się piękne, mocne słońce, co dla mnie, jako dla osoby fotografującej stanowiło wyzwanie, któremu moim zdaniem podołałam. 


Agnieszka zabrała ze sobą torbę ubrań. Chętnie współpracowała i słuchała moich wskazówek. Dobrze się bawiłyśmy. Złapałyśmy dobry kontakt. Jeśli mnie pamięć nie myli spędziłyśmy razem około dwóch godzin spacerując po Krzemionkach i szukając kadrów we wdzięcznym parku im. Bednarskiego, na stadionie Korony, ruinach, które znajdują się w lasku za trybunami i na starym, zarośniętym boisku do piłki nożnej.


Modelka była zadowolona ze zdjęć, a mnie szczególną satysfakcją napawał fakt, że ani iskrząca biel śniegu, ani oślepiające południowe słońce nie okazały się przeszkodą. 


Kilka dni później umówiłam się z młodą, sprawiającą wrażenie otwartej i pomysłowej dziewczyną, z którą chciałam zrealizować sesję w nowo odkrytym, rewelacyjnym miejscu. Wcześniej już pozowała w studiu i teraz była zdecydowana na przygodę z plenerem. Dzień miał być słoneczny, ale mroźny, dlatego wybrałyśmy wczesną porę, by światło było jak najmiększe. Liczyłam na zimowo-poranną mgłę. Moje oczekiwania się spełniły. Aura była idealna. Szkoda, że dopiero w drodze na miejsce dostałam wiadomość, że modeleczka nocną porą wybyła, zapiła, wróciła do domu trzy godziny przed planowanym spotkaniem, ostatecznie mogłaby się wybrać, ale z powodu syndromu dnia następnego wygląda koszmarnie i ma wątpliwości jak to wpłynie na zdjęcia. 
Sesja nie odbyła się ani wtedy, ani nigdy. Zastanawiam się czy jej kac był w połowie tak silny jak moja irytacja...

sobota, 16 lutego 2013

Bartek, cementownia i żelki

Kiedy na zdjęcia u mnie zgłosił się pewien chłopak, pomyślałam - nowe wyzwanie. Szukając inspiracji w galeriach innych fotografów zrozumiałam, że jej nie znajdę. Sesje z mężczyznami ograniczają się do aktów i portretów osób publicznych; ewentualnie takich zdjęć modeli, które raczej przeczą ich męskości niż ją uwydatniają.

Moim pierwszym męskim modelem był Bartek. Podobnie jak w przypadku mojej poprzedniej sesji trafiliśmy na bardzo mroźny dzień. Mimo tego kilkakrotnie korzystał w możliwości zmieniania ubrań. 

Sesja odbyła się w cementowni. Dotychczas były to moje najdłuższe zdjęcia. Nie licząc dojazdów spędziliśmy razem ponad trzy godziny. Pasja jak moja ma wiele zalet, a między nimi jest możliwość poznawania interesujących ludzi. I Bartek jest jedną z osób, z którą kontakt nie umarł wraz z wysłaniem gotowych zdjęć. Jako że praktycznie od razy złapaliśmy dobry kontakt dużą część czasu - mimo że syberyjska aura nakazywałaby raczej jak najszybsze załatwienie sprawy i powrót do domu - poświęciliśmy na rozmowy. Najbardziej rozbawiły mnie następujące słowa Bartka: "Gdybym wiedział, że nie jesteś typem księżniczki to kupiłbym ci żelki" (mniej więcej cytat).

Poniżej możecie zobaczyć kilka zdjęć z tej sesji.

  





poniedziałek, 11 lutego 2013

Magda w starej fabryce

Moją drugą modelką była Magda. Na zdjęcia wybrałyśmy niezwykle mroźny dzień. Temperatura wynosiła poniżej minus 10 stopni, było wietrznie i padał śnieg. Łudziłyśmy się, że wnętrze dawnej fabryki osłoni nas od zimnego wiatru.
Magda to obdarzona pięknymi, naturalnie jasnymi włosami, bardzo młoda i bardzo odważna dziewczyna. Pomimo ekstremalnych warunków pogodowych  zdecydowała się pozować bez kurtki. Mało kto byłby zdolny do takiego poświęcenia.
Poniżej możecie obejrzeć kilka zdjęć z mojej drugiej sesji.





wtorek, 5 lutego 2013

Krakowskie fotomiejscówki #1

Dzisiaj chcę przedstawić miejsce, które odkąd staję po jednej i drugiej stronie aparatu jest jednym z moich ulubionych. Są to popadające w ruinę zabudowania fabryki należącej do producenta betonowych elementów. Według plotek - dotąd nie słyszałam żadnej potwierdzonej informacji na temat przyszłości tego terenu - budynki mają zostać zrównane z ziemią, a na ich miejscu postawione centrum targowe czy hala kongresowa. Od lat jednak nic się nie zmienia. Teren nie jest w żaden sposób strzeżony ani zabezpieczony, dlatego cieszy się dużą popularnością amatorów fotografii i pewnie amatorów tanich trunków także, co potwierdzają wszechobecne butelki. Nic zresztą dziwnego. Pracownicy pobliskich zakładów, których tam nieraz spotykałam nie mają nic przeciwko odwiedzinom tego miejsca, pytają nawet "co, sesja zdjęciowa?". Tak że wszyscy o wszystkim wiedzą i żaden decydent nie postawił jak dotąd tabliczki z zakazem czy ostrzeżeniem. Jeśli tylko patrzy się pod nogi miejsce jest całkiem bezpieczne.









czwartek, 31 stycznia 2013

Zimowy plener z Anią

Zaraz na początku bieżącego roku zaczęłam zamieszczać w Internecie ogłoszenia, a właściwie zaproszenia na plenerową sesję zdjęciową. Odzew był zaskakująco duży. Przez około tydzień korespondowałam z kilkoma osobami i kiedy ustaliłam ostateczny termin spotkania z jedną dziewczyną, na dzień przed okazało się, że datę trzeba przesunąć. Budzik był już jednak ustawiony na wcześniejszą godzinę, a torba fotograficzna spakowana. Nie chciałam zmarnować swojego nastawienia, więc spontanicznie o dość późnej porze napisałam jeszcze jedno ogłoszenie. Godzinę później miałam już chętną modelkę. Ustaliłyśmy czas i miejsce spotkania, i tyle.
Nazajutrz, siedząc w tramwaju, zastanawiałam się, czy Ania na pewno przyjdzie i jaką osobą się będzie. Na szczęście moja pierwsza (niezależna - nie liczę zdjęć robionym koleżankom) modelka okazała się bardzo sympatyczną i otwartą osobą, której dodatkowym atutem były piękne niebieskie oczy. Jako że ja przechodziłam swój pierwszy raz w fotografowaniu, a ona w pozowaniu, sesja odbyła się na zasadzie wzajemnego poświęcenia sobie swojego czasu.
Dzień był mroźny i padał śnieg. Mimo trudnych warunków spędziłyśmy ponad dwie godziny na fotografowaniu w parku Bednarskiego, na moście Retmańskim, wzdłuż bulwaru Podolskiego i w uliczkach Kazimierza. Poniżej możecie obejrzeć przykład tego, co udało nam się razem stworzyć.




poniedziałek, 21 stycznia 2013

Mały świat Amelii

Nadszedł dzień publikacji moich fotograficznych dokonań na żywym organizmie. W dodatku bardzo ruchliwym. Na bohaterkę pierwszego postu bez zdjęć natury i kotów postanowiłam wybrać moją dotychczas najmłodszą modelkę.


Zaczęło się od umieszczenia w pewnym popularnym serwisie ogłoszeń informacji o chęci wykonania przeze mnie plenerowej sesji zdjęciowej. Zaskoczeniem był dla mnie duży odzew dziewczyn i chłopaków zainteresowanych taką sesją. Zwłaszcza o tej porze roku. Jeszcze większym zaskoczeniem był mail od mamy, która chciała, żebym zrobiła kilka zdjęć jej półtorarocznej córeczki.


Otwarcie przyznałam, że nie mam doświadczenia w fotografowaniu dzieci, ale mimo to zostałam zaproszona do małego świata Amelki. W progu przywitał mnie Bąbel - widoczny na zdjęciu poniżej przeuroczy mops. Od razu wiedział o co chodzi w pozowaniu i jak tylko na podłodze pojawił się kocyk dla Amelii, zajął najlepsze miejsce.


Robienie zdjęć dziecku okazało się bardzo przyjemnym i angażującym zajęciem. Amelia jest bardzo energiczną dziewczynką, posiadającą umiejętność odwracania się od aparatu plecami zawsze w momencie, kiedy udaje się złapać dobry kadr :) Odkryłam jednak dobry sposób na przyciąganie jej uwagi i była to lampa błyskowa, którą często brała do rączek i przykładałe do ucha mówiąc "alo". 

Efektem dwugodzinnej sesji było kilkaset zdjęć i kilka naprawdę wyjątkowych kadrów, które - mam nadzieję będą dla Amelii i jej mamy miłą pamiątką.

 

Na koniec wpisu zostawiam portret, z którego jestem naprawdę dumna.





środa, 16 stycznia 2013

Podsumowanie minionego roku

Podobno niektórzy ludzie przed pójściem spać robią bilans całego dnia. Ja tego nie robię, bo - jak sądzę - od tego można się pochorować i mieć senne koszmary, zwłaszcza, jeśli danego dnia nie zrobiło się niczego, co w bilansie można by zaliczyć in plus. Jednakowoż raz na 365 dni zbieram się na odwagę i robię podsumowanie całego roku. Głównym celem tego jest utarcie w sobie świadomości, ile mnie spotkało dobrego.

U schyłku 2011 roku chwaliłam się nowymi znajomościami, pierwszym wypadem na mecz piłki nożnej, zaliczeniem kilku koncertów i realizacją planu czytania jednej książki tygodniowo w 125%. Jak to wygląda w roku obecnym? Część znajomości szybko okazała się nietrwała, co więcej wrogo nastawiona. Bynajmniej nie cierpię z tego powodu, bo ja niczego nie tracę. Najważniejszym jest, że od kilku lub kilkunastu lat wciąż trwają przy mnie ci najlepsi, najważniejsi i to się nie zmienia. Byłam na kilku koncertach, m.in. na De La Soul, The Roots i The Killers. Czytelniczy plan zrealizowałam tylko w 102%, czyli przeczytałam 53 książki. Znalazło się wśród nich kilka pozycji o dużej objętości, ale większość czasu i tak zajęło mi powolne czytanie literatury do pracy magisterskiej, w tym fragmentów po włosku, czyli w języku, z którym styczności nie miałam.

Rok 2012 to przede wszystkim ostatni semestr moich studiów. W tym czasie napisałam i obroniłam pracę dyplomową. Obrona, tak jak trzy lata wstecz zapowiadała moja zawsze-rozpromieniona-promotorka ze studiów licencjackich, okazała się świętem. Do komisji nie dotarła przewodnicząca, której bałam się jak ognia, a pozostali członkowie byli uśmiechnięci i zadowoleni. Ruszyłam do sali przesłuchań naprzód przebojem i opuściłam ją z najwyższą oceną. Ach, jak żal było opuszczać mury uczelni, w której spędziło się tyle czasu, tyle wściekle porannych godzin, w której poznało się tak fantastycznych ludzi, w której stoczyło się tyle bojów w dziekanatach...! Szczęśliwie, chcąc w październiku odebrać dyplom i resztę dokumentów okazało się, że tu brakuje podpisu w indeksie, tam pieczątki, książki nieoddane, a w ogóle to jak magister może nie nosić przy sobie długopisu...

Wiosną tego roku przeprowadziłam się do Krakowa. Radość, że od teraz "wszędzie będę miała blisko" rozpłynęła się wraz z pierwszym wyjściem na przystanek trwającym 10 minut (odpowiedni rekonesans okolicy ostatecznie skrócił czas dojścia do najbliższego tramwaju do 7 minut). Mieszkam na osiedlu o bardzo złej renomie (pałki, maczety, bynajmniej nie patriotyczne biało-czerwone pasy), jednak póki co nikt pod moim blokiem w obronie honoru ukochanej drużyny piłkarskiej nikt życia pozbawionym nie został. Na razie. Największy kłopot sprawiają problematyczni sąsiedzi, którzy po powrocie z izby wytrzeźwień uprzykrzają noce sąsiadom, którzy wezwali policję ustawieniem głośności w telewizorze na najwyższy poziom.

W lecie do naszego mieszkania wprowadził się przysposobiony kot. Kot Maciej. Jako że wcześniej domowego kota nie posiadałam i moja wiedza z zakresu kocich zachowań była niewielka wspomagałam się poradnikami i forami internetowymi. Obecnie moja wiedza jest tak ogromna, że średnio co trzy dni podejrzewam go o rychłą śmierć albo zapadnięcie na jakąś ciężką chorobę. Kot jest oczywiście okazem zdrowia, co potwierdza jego weterynarz, ale papierowe kulki do zabawy robię tylko tak, by ich średnica była podniesioną do kwadratu wielkością rozwarcia pyszczka kota.

Na jesień, cierpiąc na depresję spowodowaną dziwną około-październikową pustką, sięgnęłam po literaturę fachową z dziedziny fotografii. Bo człowiek, który się nie uczy nieświadomie głupieje. A człowiek, który się uczy - jest świadomy swojej głupoty. Wychodziłam, robiłam zdjęcia, poznawałam programy do obróbki (narzędzia do powiększania piersi i zaginania czasoprzestrzeni), wychodziłam, fotografowałam, publikowałam na wcześniej założonym blogu. Do dzisiaj nie zdecydowałam się, czego tak naprawdę od niego oczekuję, wiem jednak, że jest mi potrzebny. Choćby na przekór krytykantom.

Późną jesienią zrezygnowałam z niesatysfakcjonującej, wręcz momentami poniżającej pracy i zarejestrowałam się jako osoba bezrobotna. Jak zwykle w życiu spodziewałam się cudów, czyli przerzucania widłami ofert pracy, jakie mnie zasypią. Otóż nie ma się czego spodziewać w sytuacji, w której tzw. rozmowa z doradcą zawodowym polega na ustaleniu terminu kolejnego zgłoszenia się do urzędu, ot, żeby można było regularnie poczytać na tablicach, że poszukiwana jest prasowaczka koszul z 5-letnim stażem (autentyk). Przeglądając te ogłoszenia jak i strony internetowe o zatrudnieniu dotarło do mnie, że mam za dużo szczęścia w życiu, nie mając przepustki w postaci grupy inwalidzkiej.

Nowy rok zaczął się podejrzanie dobrze. Może to uświęcający wpływ afirmowania noworocznego postanowienia. Zaraz na początku zaczęłam zamieszczać ogłoszenia, dzięki którym bardzo szybko nawiązałam kontakt z kilkoma osobami chętnymi pozować. Postanowiłam bowiem zdobyć doświadczenie w fotografowaniu ludzi w sytuacji innej niż imprezy i zrobić portfolio. Do dzisiaj mam za sobą dwie sesje zdjęciowe, w tym jedną w warunkach ekstremalnego zimna. Ich wynikami mam nadzieje niebawem się pochwalić. Na najbliższe dni mam już zaplanowane kolejne. W oczekiwaniu na odpowiedzi potencjalnych pracodawców trzeba się rozwijać.

Potencjalnym pracodawcą miał zostać sam urząd pracy. I tu znów zaskoczenie. Zapewnienia, że jest się idealnym kandydatem i zachwyty nad swoją osobą, jakie człowiek słyszy w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej o przyjęcie na staż kompletnie nic nie znaczą i wbrew zapowiedziom nikt nie zamierza zadzwonić, by powiedzieć, że jest mu przykro, ale są idealniejsi.

Nie tracę nadziei. Mając w umyśle swoje plany i oczy szeroko otwarte szukam pracodawcy, który nie boi się dodatkowych kosztów ubezpieczenia i chce dawać szanse młodym osobom. W międzyczasie pakuję torbę, ubieram się ciepło i wypatruję kadrów.







piątek, 4 stycznia 2013

Gdy nie ma kota w domu

Kiedy w głowach naszych pojawił się pomysł, aby przysposobić futrzaną istotę pod postacią kota miałam sporo wątpliwości i byłam dużo sceptyczniej nastawiona niż o tym mówiłam. Kot się pojawił jako mały rozbrykany nieznośny kłębek sierści i całkowicie straciłam dla niego głowę. A teraz kota nie ma, bo wrócił do swojego poprzedniego domu, by spędzić okres świąteczno-noworoczny ze swoją mamą i młodszym bratem.

Różnica w mieszkaniu z kotem i bez kota jest kolosalna. Nie budzi mnie mruczeniem o godzinie czwartej nad ranem. I o piątej. I o szóstej. O godzinie siódmej nie drapie w drzwi w pilnej potrzebie zobaczenia, co jest po drugiej stronie. Nie manipuluje mną za pomocą swoich wielkich miodowych ślepków, by wyprosić kawałek mięsa do obiadu albo tego, co akurat trzymam w ręce i być może nadaje się do jedzenia. Nie zrzuca różnych przedmiotów (grzebienia, lakierów do paznokci) z półek, żeby je "sprowokować" do zabawy, bo chyba tak najczęściej tłumaczy się takie zachowanie. Nie zaciąga spodni. Nie wiesza się na przechodzących kapciach. Nie gryzie ręki jak pluszowej myszki. Nie wali głową w przypadkowe przeszkody z rozpędu. Nie wchodzi po raz dwudziesty na świeżo przetarty stół kilka sekund po tym jak został z niego zdjęty. Nie zlizuje z blatu płynu, którym był myty. Nie przeszkadza w zamykaniu lodówki stojąc między nią a drzwiczkami i wspinając się już na pierwszą półkę. Nie siada na klawiaturze i nie kładzie przed monitorem prawie wyłącznie wtedy, kiedy oglądamy film. Przed zrobieniem prania nie wyciągam go z miedniczki. Przed wyrzuceniem kartonów, folii czy reklamówek nie odpakowuję z nich kota. Nie szukam po podłodze kolczyków. Nie wyciągam futrzakowi z pyszczka zbyt małych kawałków papieru, którymi mógłby się zadławić. Nic nie pląta się pod nogami. Ogólnie rzecz biorąc, kiedy nie ma kota moje życie jest pozbawione dużej liczby czynności, które wykonuję przy nim. Brzmi jak skarga? Nigdy w życiu.

Tęsknię za tym potworem jak diabli. Smutno, nudno i ponuro jest, kiedy nic się nie plącze, nie woła o jeść, nie przychodzi po dawkę pieszczot albo wyczesanie futerka, nie budzi ugniataniem kołdry, nie wita w drzwiach prawie jak pies. Dobrze, że już dziś wraca.


środa, 21 listopada 2012

Sami nieswoi

Mając w pamięci ostatnie wydarzenia postanowiłam napisać parę słów na temat stosunków sąsiedzkich. Wzorem jest chyba znana z zachodnich filmów tradycja odwiedzania i przyjmowania swoich sąsiadów z sercem w jednej dłoni i pachnącą szarlotką w drugiej. Teoretycznie warto utrzymywać przyjacielskie stosunki z ludźmi, którzy mieszkają po drugiej stronie ulicy, ponieważ w razie konieczności można kogoś poprosić o wyprowadzenie psa albo podlanie kwiatków, kiedy nas nie ma. Poza tym okazać się może, że za drzwiami mieszkania naprzeciwko mieszka bratnia dusza, z którą picie popołudniowej herbaty okaże się miłym rytuałem. Jak jednak jest w rzeczywistości? Kto miałby do sąsiada tyle zaufania, by zostawić mu klucz do swojego królestwa albo powierzyć żywą istotę? Ja nie. Przynajmniej nie w obecnym układzie sił. 

Po pierwsze ludzie wolą się unikać. Kiedy mieszkają w tym samym pionie bloku czy kamienicy z konieczności mijają się na schodach. W momencie gdy dochodzi do tego wzbudzającego dreszcz niepokoju spotkania, najczęściej odwracają głowy, grzebią w torebkach albo bez słowa spuszczają wzrok. Podczas pierwszych tygodni mieszkania w bloku zauważałam, że moi sąsiedzi byli zdziwieni, kiedy mówiłam "dzień dobry". Jedni byli tak zdziwieni, że aż zapominali języka w gębie, ale inni, również nie kryjąc zaskoczenia,  z uśmiechem odpowiadali. Pod tym względem wieś jest diametralnie różna. W miejscowości, gdzie znają się wszyscy nikomu nie przyjdzie do głowy unikać sąsiada, bo to skończyłoby się gremialnym potępieniem.

Po drugie czasami ludzie muszą się unikać. Istnieją jednostki, które po okazaniu im sympatii lub udzieleniu  jakiejkolwiek pomocy zaczynają nazywać nas "najlepszymi sąsiadami", nachodzą nas po kilka razy dziennie, by bezzwrotnie pożyczyć pieniądze czy papierosa. Jeśli należą do tzw. marginesu społecznego prowadzącego źle pojęty rozrywkowy styl życia, to schodząc ze schodów musimy patrzeć pod nogi, ażeby się przypadkiem o taką osobę (w roznegliżowanej stylizacji) nie potknąć. W sytuacji, kiedy rozmowy z funkcjonariuszami najróżniejszych służb, począwszy od policji po przepraszającą za konieczność zakręcenia gazu straż pożarną stają się coraz częstsze, ja coraz bardziej wątpię, czy wizyta z pachnącą szarlotką jest dobrym pomysłem.

Po trzecie sąsiedzkiego zaufania z pewnością nie wzbudza pan X, który co rano robi awantury swojej żonie, a trzaskanie drzwiami powoduje brzęczenie szklanek w szafce. Albo pan Y, któremu trzeba otwierać drzwi, bo nie jest w stanie trafić kluczem do zamka. Albo pani Z, pełniąca rolę pełnoetatowego stróża, którego uwadze nie ujdzie nic od 10-tej do 18-tej, czy słońce czy deszcz. Do dzisiaj nie mogę odgadnąć, skąd ten wścibski babsztyl zna imię mojego kota. (Od tej pory na wszelki wypadek unikamy jej na spacerach).

Mimo powyższego szkoda, że ludzie nie są na siebie bardziej otwarci. A nuż znalazłaby się jakaś sympatyczna duszka, z którą można by od czasu do czasu napić się herbaty i poplotkować o sąsiadach.